Oswajanie siebie

Słońce i lato zawsze mnie pod koniec sezonu przyprawiają o dreszcze. Nie wiem, czy to normalna reakcja, ale przerażają mnie ciemne plamy od słońca. Przybywa ich co roku. I nieważne, czy smaruję gębę kremami z filtrami czy nie, to i tak zawsze jakaś nowa się pojawi. Brrr. Czasami mam ochotę użyć wybielacza. I kiedy tak jęczę i stękam Sławkowi, że znów mam gębę piegowatą, on dodaje z beztroską w głosie:

− Czas się z nią oswoić.

− Łatwo powiedzieć – mruczę i znów patrzę z przerażeniem w lustro, ale gdzieś te słowa Sławka we łbie zostają. No durny czerep, jak nic. Myślę sobie jednak, że tak oswajałam się z wieloma rzeczami. Pierwsze były kręcone włosy. Nie pomagało żelazko. Próbowałam też wałków, na zasadzie jak nie kijem to młotkiem. Wydawało mi się, że jak je zakręcę w drugą stronę, to się rozprostują. Proste nie? Ale nieskuteczne. Wreszcie kiedy wymyślono prostownicę, poszłam do fryzjerki. Wyprostowała mnie jakbym wyszła spod magla (z krochmaleniem włącznie). Dumna byłam jak paw. Co prawda w szkole nie szło poprowadzić lekcji, bo dzieciaki tylko pytały o włosy, ale cudne uczucie. Fajnie jednak było do momentu, gdy nie zobaczyłam siebie na zdjęciu. Wtedy z pokorą trzeba było stwierdzić, że natura wie, co robi. Takie afro na pewno odmładza. W prostych to nie byłam ja. Oswoiłam więc rozczochraną. Bez niej nie istnieję.

Potem oswoiłam wzrost. Nie przeszkadzał mi do pewnego momentu. Grałam w piłkę ręczną, w kosza, w siatkówkę. Kochali mnie wszyscy wuefiści. Na studiach też grałam w kosza. Na boisku spotykałam dziewczyny mojego wzrostu. Jednak kiedy pewien pan (starszy o 20-30 lat) zaczął głośno komentować mój wzrost i zastanawiać się, jak to jest z wyższą kobietą, miałam ochotę się skurczyć. Zawsze byłam nieśmiała. Facet spowodował u mnie kompleks. Przyznam, że potem jeszcze dwóch czy trzech miało ten sam problem. Najgorzej, że to zawsze byli kurduplowaci i zakompleksieni faceci, którzy chyba musieli sobie na kimś odbić to, że kiedy rozdawano wzrost stali na kretowisku, a po rozum niestety też nie zdążyli. No, ale wreszcie udało się i to oswoić, choć gdzieś tam na dnie serducha kompleks został. Jednak dobrze mi tak, jak jest. Najgorsze, że wzrost to coś, na co kompletnie nie mamy wpływu. Nic się nie da zrobić.

No, a teraz po czterdziestu pięciu latach przyjdzie mi oswoić facjatę. Może potem jeszcze coś. Hm… Trudne to oswajanie siebie.

 

 

PS  A propos facjaty, pojawiła się na okładce pierwszego numeru czasopisma dla blogerów. Nie wiem, czy widzieliście. Jest w wersji elektronicznej i każdy może je przeczytać. To druga okładka z moją gębą. Załapał się też Nutuś oczywiście. Ale w nim nie wzbudziło to szczególnej ekscytacji. Podszedł do tego ze stoickim spokojem. W środku znajdziecie też wywiad, jakiego udzieliłam niezwykłej blogerce i dziennikarce Kasi Grzebyk (cenię jej profesjonalizm). Czasopismo możecie przeczytać TUTAJ. A facjata prezentuje się tak:

2017-08-13 (5)

26 thoughts on “Oswajanie siebie”

  1. Życie to stałe oswajanie siebie. ☺ Z tym wzrostem… no cóż, do kąpletu, trafiałam na takich zakompleksionych, co to jeszcze mi cycki wypominali. Wzrost ogarnęłam szybko, cycki zajęły mi zdecydowanie więcej czasu.

    A czasopismo i wywiad na popołudniową kawę sobie zostawie.

  2. Kocham cię! Też oswoiłam mój kudłaty czerep i przestałam nękać włosy prostownicą. Obecna wilgotność powietrza wszelkie starania prostowania unicestwia w minutę. Oswoiłam piegi, choć ich wysyp szokuje co niektórych. Niedługo zleją się w całość i będę mulatką. Oswajam tuszę. Robię postępy póki nie spotkam się z moimi szczupłymi koleżankami ;-). Za to tłuszczyk zmarszczki wypełnił. Jest coś, czego nigdy nie oswoję. Jednak nie można mieć wszystkiego. W końcu zajebista babka jestem 😉 Buziaki

  3. Pocieszę Cię. Każdego dnia przyzwyczajam się do tej z lustra. Tłumaczę sobie, że to tylko ona, a moja tkwi we mnie w środku i mocno trzyma podmózgowia :):)
    Masz więcej niż inne, poczucie humoru, intelekt, a reszta?
    Resztę można wymazać
    Pozdrawiam serdecznie
    Buzia promienieje Ci od szczęścia

  4. Chyba nigdy nie pojmę miłości do prostownic. Owszem, może sobie kiedyś kupię, jeśli będę musiała uczesać się na gładko, ale ta codziennie prostować naturalnie kręcone włosy – to się w głowie nie mieści. Przynajmniej mojej. Twoja rozczochrana nadaje Ci charakter… czy może raczej odzwierciedla Twój. Dobrze, że się z nią w końcu oswoiłaś.

    1. To samo mówię, przynajmniej zakręcony charakter jest na wierzchu. 🙂 😉
      A prostować codziennie też bym nie dała rady, szkoda czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *