Rowerem na Kaszuby

Piszę ten post nadymana niczym paw. Obrosłam też w całkiem niezłe piórka. Jeszcze tylko brakuje sodówki we łbie. Uwaga! Od piątku do niedzieli przejechałam na rowerze 150 km (słownie: sto pięćdziesiąt!!!). Upajam się tą myślą w pozycji horyzontalnej. Było ciężko. Najciężej wczoraj, bo w pełnym słońcu, pod górę i w piachu, ale dałam radę.

Pojechaliśmy w piątek z mężem na Kaszuby, do Wdzydz Tucholskich. Tam zatrzymaliśmy się w gospodarstwie agroturystycznym tuż nad samym Jeziorem Wdzydzkim. Widok z tarasu mieliśmy taki, że dech zapierało.

wdzydze poranek(widok z tarasu o poranku)

wdzydze dom(Wdzydze Tucholskie – tu mieszkaliśmy)

W sobotę całe to jezioro objechaliśmy (54 km), w dodatku z małymi przygodami, bo dwa razy zgubiliśmy szlak. Niestety oznaczenia pozostawiają wiele do życzenia (to opinia nie tylko nasza, lecz także rowerzystów, których spotykaliśmy). Drugi minus to górki i pagórki. Brrrr. Czułam się czasami jak w górach. Ponadto często dużo piachu albo kamieni. Na kamienistych drogach należało uważać na tubylców, szczególnie takiego jednego w białym mercedesie, który zapieprzał drogą, że aż zatrzymaliśmy się w szoku, bo taki był za nim wielki tuman kurzu. Kierowca bez wyobraźni i oczywiście bez mózgu, bo kamienie za nim leciały na boki. Zarobiłam w kask. I to był pierwszy moment, kiedy dziękowałam, że mam „zakuty” łeb.

Do domu wracaliśmy w niedzielę. I tu przyznam. Wymiękłam ze trzy razy. Stękałam już po kilkunastu kilometrach, że nie dam rady, że nie mam siły, że dalej nie jadę. Mąż oczywiście spokojnie do tego podszedł. Zatrzymywaliśmy się ze trzy razy. Raz na drodze pomiędzy polami kukurydzy. Siedzimy tak sobie. Ja stękam, ile mogę, choć wiem, że jakoś do domu muszę dojechać, bo w pobliżu ani pociągu, ani autobusu, ani ludzi i ani cywilizacji. Siedzimy tak i ja nagle czuję, że ktoś nas obserwuje. Mówię to mężowi. On robi wytrzeszcz na mnie i widać, że ma strach w oku, spoglądając w moją stronę.

– Zobacz, tam ktoś nas obserwuje – powtarzam i pokazuję mu na krzaczki. Zaczynam jednak wątpić, czy to taka trawa, czy może czyjeś oczy. Mąż już się zaniepokoił na całego. Ale nareszcie obserwujący wystawił łebek zza krzaczka. Młody jelonek! Po chwili przebiegł przez drogę.

– Myślałem, że masz halucynacje – stwierdza Mężuś. – Że ci się słońce na mózg rzuciło.

– Serio?

– No, serio. Siedzimy w kukurydzy, a ty mówisz, że czujesz się obserwowana – śmieje się, ja razem z nim, bo faktycznie można było mnie wziąć za wariata.

Do domu udało się dojechać. Z trudem, bo z trudem, ale dało się. Jestem z siebie dumna. To największy mój wyczyn sportowy. Jestem „miszcz”.

*

*

PS  W czwartek odwiedziła mnie Demirja! I powiem Wam, że to było bardzo, bardzo sympatyczne spotkanie. 🙂

0 thoughts on “Rowerem na Kaszuby”

  1. gratki Wam wielki składam 😀 fajny wypad 😀

    w swoim życiu popełniłam dwie wielkie trasy rowerowe, w tym raz 150 km przejechałam w jeden dzień, hahahaha, ale to było 20 lat temu 😛 😀 ach ta młodość i spaliśmy tam, gdzie dojechaliśmy pod namiotem – piękna przygoda życia
    chętnie powtórzyłabym włóczęgę, ale nie mam z kim, no taki wiek, choć jak widać i w tym wieku można- więc jeszcze raz gratki dla Was, a fotki piękne 😀

    1. 150 km w jeden dzień by mnie zabiło. 🙂 Dwadzieścia lat temu chyba najwięcej robiłam jednego dnia 50 km, jeździłam rowerem do rodziców.

  2. No szacun! Dałaś radę. Ja tylko poskakałam koło ogniska w weekend w Wetlinie i parę podgrzybków znalazłam. Wszystko tak bardziej stacjonarnie, a nie wyczynowo jak ty 🙂 Braty ty!

    1. Skakanie przy ognisku też dobre. 🙂 A co do grzybów, to znaleźliśmy w drodze powrotnej sporo kurek i podgrzybków. Mamy dzisiaj pyszny obiad. 🙂

  3. Jak jeszcze bardziej obrośniesz w piórka to i rower nie będzie potrzebny. Będziesz latać jak sokół. Bystre oko już masz, więc zadaki na sokoła są 😉
    Szacunek za kilometry w nogach. Podziwiam.

  4. No to podziwiam,gratuluję i zazdroszczę!!!
    Ja wybrałam się w sierpniu na działkę-na rowerze starszego.Jedzie się tam ok 10 minut.Więc ogólnie pryszcz.No,ale nie sądziłam że w drodze powrotnej wymięknę-i to za sprawą siodełka.Dziecię me ma dupkę jak ziarnko kawy.Ja natomiast….hmmmm…pozostawmy może tą kwestię. No i to oto siodełko ginęło w czeluściach moich za dużych pośladków.Teściowa ze śmiech jechać nie mogła.Ale przyznała fakt-jej siodełko było aż o kilka centymetrów szersze,jak i również siodełko mojego młodszego.Nigdy więcej!!!Przy zakupie roweru dla siebie wybiorę największe siodełko jakie istnieje 🙂

  5. Ha, ha 🙂 Próbowałam sobie to wyobrazić. 🙂 🙂 Ja na siodełko mam żelową nakładkę. Polecam, bo zdecydowanie poprawia komfort jazdy. 🙂

  6. Widok mieliście genialny 🙂 🙂 i podziwiam… 150 km w nogach… w 3 dni – to jak 3 maratony, albo w ogóle nie wiem do czego to porównać. Ja pod tą kukurydzą to padłabym i się nie ruszyła, i pewnie kazała jechać do domu samemu temu Twojemu Mężusiowi i nakazała mu wrócić autkiem po siebie 🙂 🙂

    🙂 Dojechałam wszędzie cała i zdrowa i się mi wszystkie przesiadki i wysiadki, i wsiadki ułożyły lepiej i płynniej niż w planie było 🙂

      1. a daj spokój ręczniczkowi, to taki ręczniczek nie za majętny jest, dobrze wodę chłonie, i świetnie się sprawdził jako „otulina” 🙂 – mam ich kilka, na basen ze sobą zabieram… a że na basenie notorycznie zostawiam ręczniki, wiec jeden w tą, czy w tamtą stronę – mi różnicy nie robi 🙂 … właśnie po to dokładnie te kupuję, żeby mi nie było żal, kiedy się z nimi „rozstanę” w związku ze swoją sklerozą 🙂

        W gdańsku za to zostawiłam szczotkę do włosów… i też to nie byłby żaden problem (i nie jest), tyle, że zorientowałam się gdy u Zmorki umyłam głowę i… nie miałam czym się uczesać 🙂

          1. jest też inna opcja podstępna… mogę sobie zażyczyć jego osobistego zwrotu, łącznie z dowozem na miejsce, a nie żeby jakąś pocztą… jeszcze mi go zgubią 😉 🙂

          1. Hm. Tak mi sie wlasnie wydawalo 🙂 ze jeszcze tego mi brakuje. 🙂

            Popatrz, jaka jestem ekonomiczna jako gosc, tyle dobra pozostawionego 😉

  7. Aniu,Ty jesteś młodzieżówa !! Taaakie trasy ,w upale !
    Cudna forma i kondycja ! Gratuluję i podziwiam.
    Ta kukurydza dodała dramaturgii 😉

    1. Na stacjonarnym pewnie też bym wymiękła, bo na tradycyjnym jest większa motywacja – trzeba dokądś dojechać. Najlepiej działa dom na mecie. 🙂

      1. Na stacjonarnym też jest motywacja. Też trzeba dokądś dojechać: do końca książki czy chociażby rozdziału. Najgorzej, jak się człowiek zaczyta, potem spojrzy na zegar – a tu zaraz siłownie zamykają, a przecież przebrać się trzeba i dać sprzątaczką czas na posprzątanie szatni… No, a do domu na mecie i tak muszę dojść na piechotę, chociaż Małżonek wciąż ma nadzieję, że kiedyś do domu przyjadę rowerem 😉

          1. No, jak się ćwiczy w domu czy na zewnątrz – to audiobook się nada. Ale na siłowni, przy głośnym łup, łup, łup książka zdecydowanie lepsza 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *