Plener w Szczecinie

I znów powróciłam. Chyba zmieniam się w bumerang. Pojawiam się i znikam.

Muszę przyznać, że kocham Szczecin, a on próbował mnie wykończyć. W piątek był taki upał, że szło się udusić, dostać zawału i palpitacji serca. Wszystko oczywiście jednocześnie. Stoiska Pleneru Literackiego były w wielkim namiocie. Wyobraźcie sobie ponad trzydzieści stopni na dworze, a w namiocie istny piekarnik. Nie miałam ani ja, ani koleżanka (Dorota Schrammek) wentylatora, udało się nam go zdobyć dopiero w sobotę. Oczywiście w piątek szczecinianie mieli lepsze zajęcie niż wchodzenie do naszego namiotu przypominającego saunę, więc wędrowali tylko najtwardsi. W sobotę od rana było lepiej, ale o piętnastej mecz, więc znów ludzi wywiało, a dla pewności przywaliło kilkoma piorunami, poprawiło deszczem, próbowało zerwać namiot i tyle.

Najprzyjemniej było w niedzielę, bo i książki się sprzedawały, toczyły się ciekawe rozmowy z czytelnikami, a i niespodziankę miałam, bo brat blogerki Socjoblożki odwiedził mnie przy stanowisku! Poznałam też kilka blogerek recenzenckich i kilka pisarek, między innymi Wiolettę Piasecką – autorkę książek dla dzieci (którą oczywiście serdecznie pozdrawiam).

Tego dnia byłam też odpytywana na scenie przez dziennikarza pana Tomasza Zaperta. To był mój pierwszy raz z mężczyzną, bo do tej pory spotkania prowadziły kobiety. I przyznam, że z męskim moderatorem jest równie dobrze jak z żeńskim.

Szczecin

Aha! W sobotę przy stoisku można było spotkać Wojciecha Cejrowskiego. Pewnie wiecie, że pochodzi z Kociewia, więc kiedy przechodził koło nas, zaglądając na stoisko, oczywiście zagadałam. Okazało się, że przyszywana Kociewianka się nie liczy.

– Mój mąż z krwi i kości Kociewiak – chwalę, bo pan Wojciech od razu do nas po kociewsku zaciągał.

– A skąd?

– Ze Starogardu.

– Eee, miastowe. Miastowe się nie liczą. – Zaśmiał się. Ale co jak co, mój mąż pełną gębą i pełnym sercem Kociewiak i kocha to swoje miejsce na ziemi jak mało kto. I co, że miastowy, nie? Jak mój ci on i tyle.

Przyznam, że to był bardzo pracowity i wyczerpujący czas, ale wróciłam do domu zadowolona, bo najcenniejsze zawsze są nowe znajomości, dobrych ludzi należy „kolekcjonować”.

I zgadnijcie, kto się cieszył najbardziej z naszego powrotu. No kto? Aż lizał mnie po rękach, wtulał się i domagał uwagi. Kogo obstawiacie?

0 thoughts on “Plener w Szczecinie”

  1. Jasne, że sierściuch, jak go tak co chwile zostawiasz tylko z małą częścią stada… wiem, że koty to samotniki podobno, ale stado musi być na swoim miejscu, a Ty mu non stop i cały czas wywijasz numery i znikasz… 🙂

    Fajnie, że się wyjazd udał 🙂

  2. Zawsze musi być ten pierwszy raz 🙂 Ja już nie mogę się doczekać naszego spotkania w Sopocie. Skreślam dni do tego wydarzenia 🙂 🙂 🙂

  3. Komentarzy nie czytam, żeby się nie sugerować.Co do tego, kto się cieszył najbardziej z powrotu obstawiam oczywiście Babcię. Z pewnością z wdzięczności, że jednak do niej wróciłaś, padła na kolana i zaczęła lizać Cię po rękach.
    Tak poza tym zazdraszczam spotkań autorskich… choć w tym namiocie bym nie wytrzymała.

    1. W namiocie było potwornie, dobrze, że w sobotę była burza i trochę go przewiało, bo inaczej trzech dni bym chyba nie dała rady wytrzymać. 🙂

  4. Nie wiem czy Cejrowski jest Kociewiakiem. Urodził się w Elblągu, a do liceum chodził w Warszawie. Może na wakacje do dziadków przyjeżdżał, i tyle.
    😉

    1. Uważa się za Kociewiaka. Pewnie do dziadków jeździł. Mój mąż też od razu go sprawdził i skwitował, że taki z niego Kociewiak, jak koziej… wiadomo co. 😉

      1. Ze mnie pewnie też, bo rdzennym Kociewiakiem był tylko dziadek ze strony mamy, reszta napływowa.
        Straszny z niego snob.
        Nie ma co kręcić nosem, każdy sympatyk jest dobry!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *