Amerykańska przygoda Jaja

Wreszcie udało mi się przejąć prawo „autorskie” do amerykańskiej przygody Jaja. Co prawda dostałam mnóstwo wytycznych, a tego nie pisz, tamto napisz, to zmień, to ukryj… Zwariować szło. Negocjacje więc były twarde, okupione całą michą ruskich pierogów. Udało się jednak, więc dzisiaj Wam opowiem, co się Jaju przydarzyło. Kilka osób niecierpliwie czeka na „rzeczną przygodę”. Z rzeką na szczęście to ma tylko tyle wspólnego, że tego dnia Jajo napisało mi, że idzie nad rzekę, a po kilku godzinach dodało: „Jak ci opowiem, co się dzisiaj wydarzyło, to każesz mi się spakować i wracać do domu”. No, i wtedy to skręt włosa gwarantowany, palpitacja serca i ciary po plecach. Oczyma wyobraźni widziałam Jajo wpadające do rzeki, krokodyle obgryzające jej stópki albo piranie wyżerające wnętrzności. Kiedy zaprzeczyło, że to nie ma nic wspólnego z nieoczekiwanym kąpaniem, to w mojej głowie wyświetlił się obraz, jak Jajo paraduje po czyimś kawałku ziemi, a właściciel próbuje je z dubeltówki ustrzelić. Oczywiście, jak to w filmach amerykańskich, taka wizja westernowa mi się wyświetliła. Okazało się jednak, że to nie ten film, powinnam raczej w klimaty scen pościgu iść, a nie w western.

Opowieść Jaja w wolnym (czyli kurzym) tłumaczeniu wygląda następująco:

– Siedzimy sobie najspokojniej w świecie w amerykańskim ogródku moich amerykańskich gospodarzy razem z ich amerykańskim synem. Jest pięknie. Kalifornijskie słońce przygrzewa. Jest ponad trzydzieści stopni, ale wieje dość przyjemny wiaterek, więc jeszcze się nie ugotowałam. I nagle na tym kawałku amerykańskiego nieba pojawiają się helikoptery policyjne. Wielkie ważki zawisły nad naszymi głowami. Powietrze urywało głowy. Ja w szoku, bo to całkiem niezły kontrast dla latających koliberków. Nagle policjant przez megafon wrzeszczy, że wszyscy mieszkańcy ulicy mają wejść do domów, najlepiej do jednego pokoju, zaryglować drzwi i nie otwierać nikomu obcemu.

Amerykanie więc spokojnie wstają, ja mam ochotę biec i kryć się pod łóżko. W miejscu przebieram nogami, że szybko, że nalot, że bomba, że terroryści. A ci idą. Spokojnie, ociężale, noga za nogą, jakby na spacerek się wybrali. Wchodzimy do domu. Ja już bym ryglowała drzwi i zastawiała je szafą, a oni nic! Już widziałam, jak tabuny rozwścieczonych zombiaków nas atakują. A tata mojego kolegi zamyka powolutku, ze stoickim spokojem drzwi. Wchodzimy wszyscy do jednego pokoju. Ja już prawie się zesikałam ze strachu, bo helikoptery krążą i policjanci cały czas powtarzają komunikat. Jak nic, zaraz coś pierdzielnie i żegnaj, mamusiu kochana.

Serce wali tak, że pewnie słyszałaś je w Polsce. A co robi amerykański tata? Wyciąga spod łóżka karabin. Ja wtedy prawie na zawał schodzę. Wszyscy oczywiście spokojni, a ja już prawie umarłam na widok karabinu. No, ale po jakimś czasie helikoptery odleciały, broń wróciła pod łóżko, a my do normalności. Na szczęście nic nie pierdzielnęło, ale wiedziałam, że jak ci opowiem, to zawał murowany i każesz mi wracać.

– Wracaj! – wołam. – Natychmiast!

– Ha, ha, ha – śmieje się Jajo. – Już spoko. Potem się okazało, że policja na naszej ulicy ścigała złodzieja samochodów.

I tu ja nie wytrzymuję. Parskam śmiechem. Złodzieja samochodów? I tyle fatygi? Co za krewki naród?! U nas człowiek zgłasza kradzież, policjant zapisuje, a potem albo się znajdzie, albo nie, ale nikt nie wysyła helikopterów!

Chichramy się więc z przygody Jaja, które już spokojne mówi, że wszystko, co przeczytałam i obejrzałam o Stanach, to prawda najprawdziwsza z prawd. No, może tylko ataku Zombie nie było…

0 thoughts on “Amerykańska przygoda Jaja”

  1. Historia normalnie na początku zapowiada co najmniej akcję zamachową ( wiesz moja antyterrorystyczna wyobraźnia działa), a tu ” tylko” złodzieja samochodów ścigali. Później się dziwią, że amerykańskie kino akcji jest lepsze niż inne. Mają takie przykłady w rzeczywistości i przenoszą je na ekran…ale Jaju nie zazdroszczę emocji

    1. Ha, ha 🙂 No tak, Antyterrorystka mogłaby czuć się w swoim żywiole. 😉 🙂 Dla Jaja to było niezłe przeżycie. Bała się bardzo.

  2. Przygoda Jaja extra ale i opis fantastyczny. Rozbawiłyscie cała rodzine bo nie omieszkałam przeczytać na głos. Dziękujemy! I czekamy na następne opowieści dziwnej, amerykańskiej treści.

  3. Małe sprostowanie. W Ameryce co prawda jeszcze nie byłam, ale na polskim komisariacie owszem i chciałabym powiedzieć, że u nas faktycznie policjant zapisuje jak ma czym i na czym, a potem zazwyczaj się nie znajduje i trzeba całą procedurę z pisaniem i zgłaszaniem powtórzyć w firmie ubezpieczeniowej. Helikoptery to u nas tylko po nadmiernym spożyciu napojów wyskokowych 🙂 Jajo dzielne było, że się nie rozpękło 🙂

  4. Dobre, dobre, dobre… bo hamerykańskie 🙂 … ze się im tak helikopterem chce za jednym samochodem zaiwaniać… toż u nas musiałoby być to jakieś „porsze”, albo inne jakieś ferrari, czy cuś… i poczuliby, ze to jedyna okazja pomacac… tylko, ze czym mieliby to auto skradzione dogonić? Starym polonezem, czy innym rdza przejedzonym daewo lanosem…

    … a taki helikopter… jest o czym pomarzyc 😉

  5. A ja tam myślę, że to były Zombiaki, Tylko uciekły, a ci nie wiedzieli, co powiedzieć, to powiedzili, że złodziej. No i puść tu dziecko do ameryki…

  6. W Polsce, gdyby taka sytuacja się wydarzyła, wszyscy wylegli by na ulice i nikt by nie słuchał, co tam przez megafony gadają… Święto by było!

  7. hahahahaha, mślałam, że będzie to ostrzeżenie przed wiatrem, tornado małym, a tu ….złodziej samochodów, no nie ….ale historia mega!!!:D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *