Książka twarzy

Pod choinkę dostałam książkę Marka Bieńczyka „Książka twarzy”. Ucieszyłam się, bo bardzo chciałam ją przeczytać. Jest to zbiór esejów, za który, jak powszechnie wiadomo, autor otrzymał Nagrodę „Nike”. Trochę sobie ją z mężem wyrywaliśmy. W zasadzie czytaliśmy „falowo”. Jednego wieczoru książka wędrowała na prawą stronę łóżka, drugiego na lewą. I tak sobie ją przekazywaliśmy – prawie zgodnie. Przeczytaliśmy i jako bardzo zgodne małżeństwo, stwierdziliśmy to samo: głąby z nas. Książka wzbudziła zachwyt krytyków i znawców literatury, gorzej z nami. Podobała się nam w zasadzie, ale… No, właśnie to „ale”. Nie jest to dzieło dla przeciętnego czytelnika. Jej odbiorców należy podzielić na dwie grupy: intelektualistów (prawdziwych!) oraz snobów, którzy chcą się pochwalić w towarzystwie, że znają książkę laureata Nagrody Nike. Ja bardziej do tej drugiej grupy bym chyba się skłaniała (do pierwszej nie śmiem pretendować), choć w żadnym towarzystwie nie bywam, nie licząc mojego męża i jaja, a im wystarczająco imponuję. W esejach Marka Bieńczyka jest mnóstwo odwołań do tekstów literackich i dzieł sztuki. Niektóre tytuły i nazwiska są mi zupełnie obce. Zresztą sam autor wspomina, że niektóre książki, o których pisze, nie zostały przetłumaczone na język polski. A że ja poza polskim w żadnym innym nie potrafię się komunikować (mówiłam, że głąb jestem), to niestety znać ich nie mogę. Są też eseje o sporcie, o perfumach. Te czyta się łatwiej, bo przynajmniej wiadomo, o co chodzi. Książka napisana piękną polszczyzną. Widać, że autor jest erudytą. Tylko mu pozazdrościć. Warto więc chociażby z tego względu poczytać. Ale trzeba pamiętać, że nie jest to dla przeciętnego czytelnika.

Jakiś czas temu w pociągu widziałam, jak pewna dziewczyna (chyba studentka) czytała „Książkę twarzy”. Zapytałam ją, czy jej się podoba, bo ja jeszcze byłam przed lekturą. Odpowiedziała, że jasne, że świetne. Ale ciągle tę książkę odkładała, sprawiała wrażenie, że się męczy. No, chyba, że się mylę, a ona po prostu każdym słowem się delektowała i odkładała książkę co minutę, żeby lepiej „wgryźć się” w sens przeczytanych słów. A wzdychała tylko z zachwytu. Taka możliwość też istnieje.

W ostatnim numerze „Książek” (kwartalnik) znajduje się również tekst Bieńczyka. Podobał mi się bardzo. Napisał o kwestionariuszu Prousta. Naprawdę świetny tekst. Wniosek z tego taki, że warto poczytać teksty Marka Bieńczyka, bo niewątpliwie to literatura z górnej półki, ale nie ma co liczyć, że lektura tak nas pochłonie, że zapomnimy o bożym świecie. No, chyba, że należycie do pierwszej grupy czytelników – tej wyrafinowanej – to wtedy was z pewnością lektura porwie. I tylko wam pozazdrościć.

0 thoughts on “Książka twarzy”

  1. Oprócz tych dwóch wspomnianych grup jest jeszcze trzecia: ci którzy wcale nie przeczytali i do tej się niestety zaliczam. Muszę chyba nadrobić zaległości 🙂

  2. Też nie czytałam i raczej nie przeczytam, aż wstyd… Od dawna czytam tylko rzeczy lekkie, łatwe i przyjemne, najlepiej z happy endem. Kiedy przyjeżdżam do Polski obczytuję biblioteczkę mojej młodszej siostry: Chmielewska, Szwaja, itp. Czytam ewentualnie skandynawskie kryminały i moją ukochaną Anię z Zielonego Wzgórza, do której zawsze wracam (mam wszytkie części).
    🙂

    1. Ja też lubię skandynawskie kryminały. 🙂 Właśnie taki czytam 🙂 Czasami lubię też coś ambitnego. Zresztą pochłaniam, co się da 🙂

      1. Czasowo nie daję rady czytać ambitnych książek. W pracy muszę się wgłębiać w tajniki maszyn i komputerów, w wolnym czasie ostatnio haftuję, jeżeli czytam to coś łatwego. 🙂
        Może kiedy małe jajo pójdzie do przedszkola…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *