Jadę…

Kiedy to czytacie, jadę. Podążam autem na zachód naszego pięknego kraju. Jadę w rodzinne strony. Jak wiecie, mam cykl spotkań autorskich, więc kciuki na pokład.

Zawsze przed wyjazdem się denerwuję. Coś we mnie wtedy się nerwowo telepie. Sama nie wiem dlaczego. Nawet Nutuś wtedy wyczuwa, że coś się święci i nie opuszcza mnie na krok.

A jak kobieta jedzie w rodzinne strony, to musi sobie kupić coś ładnego. Trzeba się pięknie zaprezentować. Poszłam więc do galerii handlowej. Mniej więcej  wiedziałam, czego potrzebuję. Zachciało mi się fajnego kardiganu.

Wchodzę do pierwszego sklepu (jednego z moich ulubionych) i znajduję coś, co na wieszaku wygląda średnio, ale ma krój, jakiego szukam. Zabieram łaszek do przymierzalni. Odziewam się. I patrzę. Z prawej, z lewej, z przodu, z tyłu. Hmm… Tylko z góry i z dołu nie bardzo się da obejrzeć. I nie wiem. Bo to pierwszy sklep. A jak w innym będzie coś lepszego? Ładniejszego? Tańszego?! Podejmuję w końcu prawie męską decyzję i odkładam kardigan. Lecę przejrzeć wieszaki w innych sklepach. W galerii w moim mieście da się to obiec w pół godziny. Z palcem wiadomo gdzie. I tak lubię, bo jeżeli miałabym włóczyć się godzinami od sklepu do sklepu, to pewnie pracownicy galerii musieliby dzwonić pod numer alarmowy albo mnie w kaftan jakiś wpakować, bo że szaleństwo i obłęd by mnie dopadły, nie mam wątpliwości. Długie zakupy są dla twardzieli.

Przeleciałam więc wieszaki w innych sklepach, przymierzyłam tylko jedną rzecz i wróciłam do pierwszego.

Znów ubieram kardigan. I znów stoję jak osioł (albo raczej kura, która nie jest pewna, czy znieść jajo, czy nie). W końcu wyciągam telefon. Piszę do córci. Help!!! Brać czy nie? Pstrykam zdjęcie. Niestety Jajo milczy. Panika więc. Kto o 12 może być przyklejony do telefonu? Ulabrzydula! Na blogera na pewno można liczyć, bo telefon ma przy sobie i czuwa. Znów pytam. Brać czy nie brać? I znikąd pomocy! W końcu Jajo się lituje i pisze, by brać. Biorę więc, a Uli piszę, że już wzięłam. 😆

Potem w domu skompletowałam resztę garderoby, zapakowałam w walizkę. I mogę jechać.

Teraz więc jadę…

Trzymajcie kciuki.

 

0 thoughts on “Jadę…”

  1. Widziałam na zdjęciu! Bardzo dobry wybór.
    Życzę powodzenia.
    hihi… ja też tak mam, tobię fotę i wysyłam do córci po akceptację, albo jadę do niej i razem idziemy na zakupy, chociaż to kawał drogi jest!
    Pozdrawiam

  2. Chyba nietypowa jestem, bo ja ciuchy bez pomocy kupuję. Lustra (i oświetlenie) w przymierzalni mi wystarczą.
    Trzymam kciuki. Tylko nie bardzo wiem po co. Przecież i bez tego będzie OK. No, ale jeśli pomoże Ci świadomość, że rzesze blogerów nic nie mogą zrobić, bo trzymają kciuki – to trzymam. Jeszcze tylko pizzę na obiad zamówię i już mogę trzymać, trzymać i trzymać!

    1. Ja też bez pomocy, nawet nie lubię łazić w towarzystwie po sklepach, ale to była kryzysowa sytuacja. 🙂 🙂
      Ha, ha 🙂 Dobra jesteś. Dziękuję rzeszom blogerów. Ha, ha 🙂 🙂 Dziękuję za kciuki! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *