O kolarstwie i dopingu

Wszyscy ostatnio mówią o Armstrongu i dopingu w sporcie. Czuję się wywołana do tablicy, żeby również zabrać głos. Od razu wyjaśniam, że o kolarstwie wiem dokładnie tyle, co o dopingu. Żeby też nie było, że nie znam się na sporcie! Mam sporo sukcesów w tej dziedzinie, a jakże! Nazbierało się przez lata dyplomów i medali…

Na kolonii zdobyłam I miejsce w skakaniu na skakance. I żeby nie myśleć, iż to błahostka, wyjaśniam, że to była kolonia polsko-niemiecka i w finale pokonałam większą i starszą ode mnie Niemkę. Potem w szkole grałam najpierw w koszykówkę, potem w piłkę ręczną, a na końcu szkolnej kariery w siatkówkę (niestety często zmieniałam podstawówki). Na studiach był kosz. W tym czasie pojawiły się też sukcesy sportowe, bo uczelnie organizowały uniwersjady. Było pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. I to zupełnie przez przypadek. Moja koleżanka – taka chudzinka-drobinka, wymyśliła, że najlepiej jak zapiszemy się na dyscyplinę (bo każdy ze studentów musiał coś wybrać, żeby mieć zaliczenie z wych. fiz.), przy której najmniej się spocimy, ponadto załatwimy ją szybko, żeby mieć więcej czasu dla siebie. Więc wymyśliłyśmy pchnięcie kulą. Nie trzeba się spocić. Bo nie podejrzewajcie nas, że wpadłyśmy na pomysł rozgrzewki! Po prostu przyszłyśmy, zapoznałyśmy się z kulą i buch – pchnięcie. Okazało się, że pchnęłam najdalej. No, ale nic dziwnego, podobno mam predyspozycje do pchnięcia kulą i rzutu oszczepem. Tak powiedział mi kiedyś pewien trener, który chciał w liceum zrobić ze mnie oszczepniczkę. Ale to było takie nudne, że nie dałam rady. A moja koleżanka chudzinka-drobinka niestety nie stanęła na podium. Jednak rok później byłyśmy bardziej ambitne i zagrałyśmy w siatkę (wtedy chyba niestety się trochę spociłyśmy). To były jakieś mini rozgrywki – drużyny trzyosobowe. Grała z nami jeszcze jedna dziewczyna („Feniks”). Znów sukces! Drugie miejsce! Jednak dyplom się nie zachował, bo „Feniks” zabrała go do domu, by pokazać rodzicom. Podobno nie chcieli wierzyć, że ma coś wspólnego ze sportem. Taka była z nas super drużyna! Aaa, zapomniałabym. Przez kilka lat uprawiałam aikido. W pracy byłam w „zakładowej” drużynie siatkówki! I nawet niektórzy mówili na mnie Glinka (nie dociekam, czy była w tym ironia). A więc widzicie, nie jestem laikiem.

Na kolarstwie znam się, powiedziałam, tak samo jak na dopingu. Nasza rodzinka ma rowery w bardzo oszałamiającej liczbie równej 1 (słownie: jeden). Nawet próbowałam mu zrobić zdjęcie, ale sami widzicie, jak musi być często używany. Ale kiedyś się jeździło. Oj, jeździło! Najdłuższa trasa to 24 km (oczywiście to było wieki temu, jeszcze sprzed zniesienia jaja)! Ale jeździło się bez dopingu, więc sukcesów nie było. Pamiętam, jak pojechałam rowerem do rodziców (właśnie te 24 km). Jak zobaczyłam tablicę z nazwą ich miejscowości, spadłam z roweru i zawisłam na tym drogowskazie (z radości oczywiście). Miałam takie skurcze nóg, że nie mogłam wleźć po schodach. Bo jak już wiecie, raczej nie wpadam na to, by robić sobie rozgrzewkę. A co do dopingu… Niech sobie biorą. Ja bym pozwoliła. A potem takie statystyki bym robiła, ile czego i jakie efekty. Można by nie podawać nazwisk sportowców, w jakiej kolejności dojechali do mety, tylko nazwy zastosowanego dopingu. Nazwisko sportowca nie miałoby tutaj przecież żadnego znaczenia. Na tej płaszczyźnie mogłaby się rozwinąć całkiem ciekawa rywalizacja. Nie wiem, czy pamiętacie jak to w dawnym NRD zawodniczki zachodziły w ciążę, żeby zwiększyć (chyba) wydolność organizmu, a potem te ciąże były usuwane i tak co jakiś czas od nowa.

Okazuje się, że walka z dopingiem to syzyfowa praca. Niech się faszerują, przetaczają krew. I tak to robią! Armstrong jest znów gwiazdą. Popłakał na wizji, a Amerykanie przecież lubią łzawe historie. Wszystkie media na całym świecie o nim mówią. Nieważne co mówią, byle mówili. A że zabiorą mu pieniądze…? Zarobi nowe. Wywiady przecież kosztują. Gorzej, gdyby urodził się w naszym pięknym kraju. Tu łzy by nie pomogły. Bo u nas każdy zna się na sporcie, a zaraz okazałoby się, że na dopingu również. A łzami Polaka nie da się kupić! Zaraz wykopano by jego matkę, babkę i pradziadka i dokonano lustracji, a tam pewnie zawsze coś by się znalazło. I można byłoby mu dokopać jeszcze bardziej, bo leżącego najłatwiej. Niech się ten Armstrong nie maże, oddaje medale i pieniądze i cieszy się, że mieszka w USA.

0 thoughts on “O kolarstwie i dopingu”

  1. Ja też grałam w piłkę ręczną:)W podstawówce i gimnazjum,gdzie byłam w klasie sportowej.
    Jeśli chodzi o rower,to my bardzo lubimy ten sport.Kiedy tylko zaczyna się ciepło,wsiadamy na koło i jedziemy przed siebie.Najwięcej w jednym dniu zrobiliśmy 35 km.Ja to bym chciała pojechać na rowerze w góry.Tam trochę pojeździć,przenocować i na drugi dzień do domu.Mąż jednak mówi,ze chyba nie da rady,ale gorszą przeszkodą jest droga.Musielibyśmy jechac dwupasmówką,a tam ludzie jeżdżą jak wariaty i jest to niebezpieczne.

    1. Pojechałam do rodziców. Dlatego dopiero teraz klikam 🙂 Jutro też będzie podobnie. Jedziemy z tatą do szpitala. Trzymajcie kciuki 🙂

  2. I ja się też zgadzam! (z tym dopingiem) Dokładnie o tym samym wczoraj dyskutowalismy z mężem!!! I już jest wyjście! 🙂 Ale…… nie będzie afer…….!!! A to wszyscy bardziej chyba lubią niż sukcesy sportowców…. 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *