Nawigacja, ciemny las i szaleni drwale

Nawigacja to dobra sprawa. Każdy, kto ma auto, wie, jakie to dobrodziejstwo. Zawsze pozwoli się człowiekowi znaleźć i wrócić na prawidłową ścieżkę.

Jajo zorganizowało sobie imprezkę z kolegami i koleżankami z klasy. Toż trzeba się przecież odpowiednio pożegnać. Szkoła skończona, matury już odhaczone, więc pozostało tylko się zabawić. Plan był taki: jeden z kolegów, mieszkający tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, zaprosił koleżeństwo do siebie na ognisko. A że mieszka na takim zadupiu, gdzie światło ledwo dochodzi, trzeba było Jajo zawieźć. No i co? Jedyna osoba w naszym domu, która miałaby czas, to ja (sic!). No, ewentualnie Nutuś, ale on jeszcze prawka sobie nie zrobił, ponadto jazda mogłaby być monotonna i zasnąłby za kierownicą. I co? Trzeba było pojechać. A że okolicy jeszcze za dobrze nie znam, wbiłam sobie w nawigację adres (ok. 60 km od domu), wysłuchałam rad mojego kochanego męża, pożegnałam się (na wszelki wypadek) ze wszystkimi i ruszyłam.

siekieraJajo wyluzowane na siedzeniu obok, toż przecież ufa matce bezgranicznie. Jedziemy. Oczywiście, pomykamy najpierw autostradą, więc mały pikuś. Jednak z powrotem Hołek wybrał mi zupełnie inną trasę. Jechałam z otwartą paszczęką, bo pięknie tam było. Lasy, jeziora, pagórki. Kaszuby pełną gębą.

I kiedy Jajo na drugi dzień zadzwoniło, że nie ma czym wrócić (bo imprezka z noclegiem), matka stwierdziła, że jedzie i w dodatku nie autostradą, tylko tą ostatnią trasą, bo taka cudna była.

Pojechałam. Lasy jak lasy, jednak pagórków i jezior ni chu-chu. Droga tak jakoś bardziej dziurawa, niż poprzednio. Dziwna sprawa. No, ale kilometry mniej więcej się zgadzają, więc jadę w ciemno. Nagle Hołek, durnowaty jeden, każe mi skręcać w prawo. Skręcam więc, ale zatrzymuję się jak wryta, bo droga w las prowadzi, raczej polna, bez asfaltu. Waham się. No, zdurniał ten Hołek do reszty, w krzaki mnie ciągnie, ale analizuję. Półtora kilometra, a potem trzeba skręcić znów w prawo, więc myślę sobie, że pewnie to tylko taki krótki kawałek przez las, a potem wyjadę gdzieś do drogi asfaltowej, bo nawigacja pokazywała, że tylko trzy kilometry do celu. Jadę. Powolutku, kluczę pomiędzy dziurami. Droga tak wąska, że zastanawiam się, co zrobię, jeżeli jednak trzeba będzie zawrócić. Włos na głowie już się skręcił ze stresu. A tu Hołek mówi, że za dwieście metrów zjazd w prawo. Patrzę przed siebie. Las jak okiem sięgnął, żadnej drogi w bok.

„Skręć w prawo!”

– No, ku.wa! – wyrywa się z mojej nie pierwszej młodości piersi. – Gdzie?!

Drogi po prawej stronie nie ma. Tylko las i drzewko przy drzewku, że nawet gdybym chciała się wcisnąć, to byłoby ciężko. Na wszelki wypadek spoglądam w lewo, bo może Hołkowi strony się poprzestawiały. Nic. Zero drogi. Dojeżdżam w końcu do skrzyżowania polnych dróżek. Można zrobić tu nawrotkę. Sprawdzam, czy nawigacja dobrze ustawiona. Dobrze. Rozglądam się. Serce bije jak rozszalałe, bo jakbym to gumę złapała? A jak zaraz wyskoczą jacyś szaleni drwale i siekierkami mnie tu zaciukają? A jak tubylcy na dzidy nabiją autko? I już widzę oczyma wyobraźni, że wracam takim „jeżem” do domu, z siekierką pomiędzy łopatkami dla większej atrakcyjności.

Zawracam. Wyjeżdżam z lasu. I loteria. Skręcam w prawo. Myślę, że pojadę z kilometr, może Hołek zaskoczy na inną trasę. Nic. Cały czas każe mi zawrócić i w krzaki. W dodatku nie ma się gdzie zatrzymać, bo po obu stronach szosy las. A w lesie, wiadomo, szaleni drwale z siekierami. W dodatku tak chce mi się sikać, że prawie uszami przecieka. Zatrzymuję się w końcu. Dzwonię do Mężusia, bo cóż innego robić. I buuuu w słuchawkę.

– Zgubiłam się – ryczę.

– Spokojnie, zawróć, dojedź do głównej drogi, a nawigacja wskoczy na inną trasę. Tylko się nie denerwuj.

– Łatwo mówić – chlip, chlip. – Jak on mnie w las wciągnął.

− Gdzie jesteś?

– A skąd ja mam wiedzieć? Las! Wszędzie las! A na nawigacji „droga bez nazwy”. No żeż, chusteczka!

W końcu słowa Mężusia przynoszą ukojenie. Znów zawracam i jadę przed siebie w siną dal. Wreszcie Hołek znajduje inną trasę, jeszcze 15 km, więc jadę. Zaczynam też rozpoznawać okolicę. A pęcherz tak niemiłosiernie ciśnie, że zaraz posikam się w fotel. Dzwonię więc do Jaja, by powiedziało koledze, że jak dojadę, to niech drogę toruje do kibelka, bo się matka Jaju posika.

Ufff. Udało się. Dojechałam. Jajo odebrałam i z powrotem kierowałam się już na autostradę. Żadnych wzgórz, jezior i lasów zielonych podziwiać nie miałam zamiaru. W zamian godzina stania w korkach, bo wbić się na odpowiednią drogę w godzinie szczytu, to nie takie hop-siup. Wróciłyśmy do domu całe i zdrowe. Jupi! Ale nawigacji długo już nie zaufam.

A wy? Ufacie temu tałatajstwu? Też Was w krzaki zaciągnęła, czy tylko mnie w udziale taki bonusik się dostał?

0 thoughts on “Nawigacja, ciemny las i szaleni drwale”

      1. Jak mnie by się bardzo chciało, to bym drwali miała w tej części ciała, którą bym się do nich wystawiła w tym lesie;)
        Ale fakt, bywa ciężko, bo ja pamiętam, jak kiedyś jechałam z synem sama do teściów. On oczywiście w aucie zasnął, a mnie tak strasznie się zachciało sikać. Zjechać na stację nie mogłam, bo przecież nie zostawię śpiącego dziecka w aucie samego, a zbudzenie go nie wchodziło w grę, bo on typowy facet jest i jak się go nagle obudzi, to jest marudny do potęgi n-tej i nie do wytrzymania;)
        Postanowiłam więc w jakieś krzaki zjechać i się przy aucie wysikać, ale to przedwiośnie było i wszystkie krzaczory gołe i prześwitujące, a gdzieś głębiej w las też bym się bała wjeżdżać, że się zgubię, czy że ci drwale….;) No, co ja się wtedy umęczyłam!

        1. U mnie strach był silniejszy niż potrzeba sikania. Potem proporcje się zmieniały, ale już nie było się gdzie zatrzymać. Na szczęście w perspektywie pojawił się kibelek u kolegi Jaja. 🙂 🙂

    1. Ze 20 lat temu też miałam podobne marzenia… Niestety, jakoś tak z biegiem lat Hołek mi się opatrzył a i to, co o nim czytałam zniechęciło mnie zupełnie do niego. Więc teraz nawet jak w las, to zdecydowanie z kimś kto wie, jak z niego wyjść a nie z Hołkiem 😉

  1. Zgadzam się z Joanną, podobnie chciałam napisać 😉
    My nie do końca Hołkowi wierzymy i czasem próbujemy się z nim kłócić, bo przecież wiemy lepiej, skoro niedawno tą drogą jechaliśmy, a on ma czasem stare dane 😉

    1. Nasz ma niby nowe, elegancko zaktualizowane. Nie wiem, jakie mógł mieć dane, bo zastanawiałam się, kiedy ewentualnie mogłaby być tam droga, jak drzewa do samego nieba. 🙂 😉

  2. zdecydowanie jeżdżenie z Hołkiem ma swoje zalety ( przestałam sie kłócić z mężem bo jak pojedzie inaczej niż mu powiedziano to mu przeliczy a jak go poprowadzi na polna drogę to ja jestem niewinna) ale niestety nie można mu ufać w 100% szczególnie jak sie wybiera boczne, malownicze drogi, czasem tez próbuje prowadzić pod prąd droga jednokierunkowa. Czyli dobrze go mieć i używać niemniej kierowca musi myślec – nie tak jak w dowcipie: żona chciała w prawo, teściowa w lewo to pojechałem prosto na drzewo!

    1. Ha, ha 🙂 To prawda. A to moje pierwsze podróże sam na sam z Hołkiem. Chciałam chłopu zaufać, ale się przejechałam w las. 😉

      1. No widzisz do obcego chłopa to tylko ograniczone zaufanie mozna mieć! I papierowa mapę na wszelki wypadek bo skubaniec zepsuje sie w najgorszym momencie! No i pampers wskazany tez!

  3. Mam dość nieufne podejście do nawigacji, więc zawsze przed podróżą jeżdżę palcem po mapie, żeby mieć jako takie pojęcie o trasie, ale i tak raz też mnie wpędził w las i było „straszno”. Droga z głębokimi koleinami, wąska i właściwie w rowie, więc nie było mowy o zawracaniu. Jechałam z mężem i psem i wszyscy sie okropnie nadenerwowaliśmy, ale po 3 km w końcu wyjechaliśmy.

    1. Następnym razem też dokładnie prześledzę mapę, teraz zaufałam nawigacji bezgranicznie i znalazłam się w lesie. 🙂

  4. Wolałabym w korku niż taki stres. Też mnie nurtuje, dlaczego się nie wysikałaś w tym, lesie. Takie cierpoty organizmowi swojemu zadawać, ładnie to tak 😉 .

    1. Sikanie w lesie? Kleszcze – raz, komary – dwa, szaleni drwale – trzy, tubylcy – cztery, dzikie zwierzęta – pięć. Nie opuściłabym auta za żadne skarby. 😉 🙂

  5. Każdy z nas czasem sie tak zagubił… w lesie 🙂 Mnie też zawiodla nawigacja w drodze na lotnisko, ale udalo mi sie dotrzeć ścieżką polną . Jak zwykle swietnie opisana przygoda.Pozdrawiam

  6. nie ufam 🙂 ogólnie do materii nie ożywionej, nawet jeśli dysponuje głosem „Hołka”, nie ufam. Zawsze lubię mieć przy sobie poczciwą mapę papierową przez wzgląd na szerokość perspektywy (płachta mapy jest zwyczajnie większa niż okienko nawigacji, czy choćby tableta, a przesuwanie obrazu wydłuża mi czas analizy)… więc nie – nie ufam, acz korzystam. 🙂 czasami

    znaczy się, nie lubię wyjeżdżać w nieznaną okolicę bez papierowej mapy – jeśli jadę w nowe miejsce, którego nie znam, a które jest niezbyt dokładnie w moim atlasie drogowym przedstawione to … zjeżdżam na stacje benzynowa i kupuje mapę. 😛

    tak, umiem czytać mapę i jestem kobietą ze słabością do szpilek i miniówek 😛 (to dlatego, że nie mam opcji telefonu do „przyjaciela” który mnie poratuje w trasie podpowiedzią, więc skazana jestem sama na siebie)

      1. Już widzę takie zestawy w sklepach pakiety navi plus paczka pampersów i wdzięczne nazwy- Miejska dżungla, Nieznane, Samotność wśród Gór i takie tam

  7. Mieliśmy kiedyś podobną przygodę, gdyż oprogramowanie w nawigacji nie było zaktualizowane. Musieliśmy później nadrabiać kilkadziesiąt kilometrów.

  8. Wobec nawigacji trzeba stosować zasadę ograniczonego zaufania 😉 Ja też już parę razy z Hołowczycem zabłądziłam i dochodzę do wniosku że dobrze sprawdza się w mieście, ale na trasie lubi błądzić 🙂

  9. Ania, ja bym Ci powiedziała co ja myślę, ale nie wypada 😉 Materiał na wpis cały, a nie komentarz. P wrócił z konferencji w sobotę i rzekł, że po raz ostatni włączył sobie nawigację 😉 Nie tylko Ciebie Hołek na manowce wywiódł!

  10. Dzień ślubu kościelnego Sarasti. Świadkowa z małżonkiem (swoim) wiozą Sarasti od fryzjera do makijażystki. Ta druga to w galerii handlowej. No i ta głupia pinda w samochodzie (nie, to zdecydowanie nie był Hołek) bez przerwy gada, że świadkowy źle skręcił i ona wyznaczy mu nową trasę. Kiedy już z dala widzimy wielkie logo SklepuNieDlaIdiotów i widać, że trzeba tylko prosto, prosto, prosto jechać to ta głupia dalej swoje: źle skręciłeś, wyznaczę ci nową trasę. No to w końcu świadkowy wziął i skręcił wokal Hołkowej. I tak szczęśliwie dojechaliśmy do galerii, gdzie zostałam przepięknie umalowana.
    Od tego czasu nie tylko że nie ufam tym ustrojstwom ale i ich wokal doprowadza mnie do szewskiej pasji. Małżonka też, więc postanowił nie inwestować forsy i swoje cierpliwości w to ustrojstwo.

    1. My do tej pory chętnie korzystaliśmy z nawigacji, szczególnie za granicą zawsze była przydatna. Mojego męża raz tylko poprowadziła na tył hipermarketu. Ponadto z reguły była niezawodna. 🙂

  11. A idź mi.. jasne że nie ufam!
    Ile razy mnie wywiozło w las..
    ile razy jadąc słabo znana trasą dla bezpieczeństwa włączyłam to ustrojstwo a ono „skręć w lewo” a ja na bank wiem, że w prawo..

    Albo nagle „zawróć!”

  12. Nas tez raz pokierowało tak, że zastanawiałam się czy jak spadniemy z tego urwiska to ktoś w ogóle nas znajdzie. Okazalo się bowiem, ze tureckie drogi są źle oznaczone. I to co mialo być asfaltem nim nie było. jechaliśmy wprawdzie nad jezioro w lesie, ale coraz wyżej, nad przepaścią gdzie pod nami ciemny, głuchy las… wąsko na szerokość jednego auta. Drzewa przewalone na drodze…
    Dla paru zdjęc nie ryzykowaliśmy życia. Mąż sprawnie wycofał. Jakbym była sama to bym się chyba tylko popłakała jak ja mam wycofać ;))))

    Ale znam dobry sposób na znalezienie drogi. włączenie swojej lokalizacji w google maps, udostępnienie jej mężowi i mąż na mapie przy kompie kieruje cie do głównej. Tak kiedy kolega żonę kierował gdy GPS zawiódł:)) Udało się.

  13. Ile to ja już razy nabrałam się na to co mówi mi i pokazuje nawigacja. Również zwiedziłam parę lasów, jechałam po czyimś polu z kotem do weterynarza ( chociaż droga normalna asfaltowa była 300 metrów od pola) , ale co człowiek jak trasy nie zna to ufa technice.

    Ważne , ze dojechałaś w końcu do celu 🙂

  14. hahahahahahahahahaha mocarna jesteś ! szacun, hahahahahahaa

    Kiedyś jechaliśmy do pięknej miejscowości,na cudny weekend 🙂 męzunio pożyczył navi, jakby trasy nie znał, ale co tam 🙂 wszystko ma być bajer, Zasnęłam….otwieram oczy, a my przez pole kukurydzy czołgamy sie!! dziury, droga wiadomo jaka jest jak jedzie się przez pole. Wjechaliśmy w mega kałuże, nie odzywałam się, nie, nie powiedziałam nic, zastygłam bojąc się, że auto zastygnie w tej brei. Wyjechaliśmy i dzięki temu mężusia nie ukatrupiłam 😀

  15. Hehe 🙂 Ja czasem używam, ale głównie w większych miastach żeby znaleźć szybciej numer i ulicę. Na trasach wolę atlasu potwierdzające, że to najkrótsza / najszybsza droga. Zawsze trzeba się nadziać zanim się nauczy ją dobrze wykorzystywać. Pamiętam te skróty w leśne drogi i w jakimś mieście kierowanie na przejazd przez rzekę bez mostu :-).

  16. Nie używam jak nie muszę, bo zaciąga… Co prawda są lepsze i gorsze. Na przykład w telefonach na Windows są dobre, w Androidzie już nie tak bardzo. Pewnie jak się wykosztujesz na droższy samochodowy, to też będzie ok.

    Ja w każdym razie wolę sprawdzić drogę przed podróżą i trzymać się pamięci i papierowej mapy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *