Zlazłam z grzędy

Czasami każda kura tak ma, że złazi ze swojej grzędy, by trochę światowego życia zaznać. Zlazłam więc i ja. Nie dość, że jednego dnia spotkałam się z autorem genialnych książek (i programów) dla dzieci – Andrzejem Markiem Grabowskim, to jeszcze wczoraj pomknęłam sobie Pendolino do Warszawy. I byłam w lekkim szoku, bo z Tczewa do Warszawy Wschodniej jechałam dwie i pół godziny, w dodatku w bardzo komfortowych warunkach. Pojechałam na Targi Książki, przede wszystkim spotkać się z moim wydawcą.

sptokanie z Andrzejem Grabowskim 010

sptokanie z Andrzejem Grabowskim 014

Taka zaściankowa kura oczywiście ma wszędzie oczy i uszy szeroko otwarte. W końcu tłumy ludzi, więc można dogłębnie poobserwować, posłuchać i kilka nowych postaci literackich sobie na podstawie zebranego materiału stworzyć. A ponadto, co ja się tam naoglądałam! Toż kurze serce palpitacji dostało przynajmniej kilka razy. Na mojej grzędzie takie dziwy i cudawianki się nie dzieją.

Stoję na przystanku tramwajowym, co oczywiście już jest wydarzeniem, bo u nas tramwaje nie jeżdżą. Stoję sobie spokojnie, nóżką w piasku rozsypanym na chodniku grzebię. I nagle coś mi błyska w słońcu. Oślepia prawie, więc wytrzeszcz robię. Przyglądam się. A to na torowisku złotówka tak połyskuje w słońcu i woła do mnie „Ratunku!”. Cóż robić, trza ją było ratować, bo biedaczkę kto by przejechał. A że w zasadzie wystarczyło się schylić, to się schyliłam. I kiedy byłam w pozycji z wypiętym zadkiem, patrzę przed siebie wzdłuż torowiska, a tam na sygnale w moją stronę policja pędzi. Po torach! Ale na kołach z oponami! O, kurza twarz! Toż skuteczna policja w stolicy! Nie po swoje się schylam i już mnie mają. Składam więc karnie ręce, a niech zakuwają w kajdany i do lochu. Jednak ci tylko przemknęli koło mnie i pognali dalej. Ufff! Chucham więc na złotówę. Niech będzie na szczęście.

Wsiadam do tramwaju. Zadowolona. A tu facet jeden rękę podnosi, by się złapać uchwytu. O, mamuńciu! Wszelkie ambrozje i aromaty! Sztachnęłam się tak, że aż się w rozczochranej mocniej zakręciło. Chwiejnym krokiem oddaliłam się więc na bezpieczną odległość.

A tam akurat kobiecina jakaś kaszle i smarka.

− Pani, ręką usta się zasłania, by nie kaszleć na innych! A do nosa chustki się używa! Potem my to dotykamy! Zarazki jakie! – gorączkuje się kobiecina mniej więcej w wieku mojej babci. Już więc wiem, że kaszlącej nie odpuści. Ta jednak się odzywa po rosyjsku, coś próbuje tłumaczyć. A to tylko woda na młyn. − Takie smarkanie w rękę to tylko w Rosji! W Polsce się tak nie robi!

No, tak właśnie pomyślałam, że nasi rodacy to kultura sama.

Ale pycho mi się śmieje, bo świat z grzędy trochę inaczej jednak wygląda. I jak się z niej od czasu do czasu zlezie, to można się lekko zdziwić. Jednak materiału na kilka powieściowych epizodów i postów blogowych jest. Od razu w człowieku większa moc! 😆

0 thoughts on “Zlazłam z grzędy”

  1. O fuj! Kurczę, człowiek nie może się już nawet w tramwajach niczego przytrzymać, żeby sobą nie grzmotnąć, bo nie wiadomo, kto i czego wcześniej dotykał! Okropne!
    A co do „znaleziska”, to oj czasem można znaleźć co nie co, bo ludzie nieostrożni są 😉 No, ale znalezione nie kradzione 😉

  2. Chociaż moja grzęda większa, to i tak Warszawa mnie cokolwiek przerasta. No, ale skoro tam nie groszówki a całe złotówki leżą na ulicach, znać, że to miasto większe niż inne 😉
    A te aromaty w tramwajach rodem z Paryża to ja myślałam, że to tylko latem… Ale może Warszawa jest bardziej gorącym miastem i tam lato już trwa w najlepsze? Choć ze zdjęć wnoszę, że upałów nie było…

    1. Upału akurat nie było. Myślę, że te aromaty rozsiewane są przez cały rok, choć oczywiście latem wyraźniej, bo człowiek ma na sobie mniej garderoby ochronnej. 🙂 😉

  3. To się Kura w świat wybrała i poznała uroki podróżowania komunikacją miejską. I zgadzam się, u nas kulturka, żadnych takich. Ten co się złapał uchwytu to też na pewno Rusek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *