Uszkodzona lokomatywa

To była moja najdłuższa podróż na trasie Gdańsk – Warszawa. Prawie 8 godzin. W tym ponad 2 godziny stania – najpierw w polu, potem w Działdowie, a na końcu w Warszawie Wschodniej. A mama zawsze powtarzała, by nie chwalić dnia przed zachodem słońca! Jakiś czas temu na moim blogu pochwaliłam polską kolej. Do tej pory podstawiano super skład. Sześć osób w przedziale (druga klasa!), WIFI, gniazdka, wagon restauracyjny, kelner z kawką i herbatką, przez radiowęzeł informacje o aktualnych stacjach, w zasadzie brak spóźnień lub w granicach mojej normy cierpliwości – ok. 10 minut. Tym razem podejrzenie wzbudził już pociąg, Stary skład, czyli tradycyjnie osiem siedzeń w przedziale, brak WIFI i brak gniazdek. Oczywiście kawę i herbatę nadal można było kupić. I było ciepło! Ale jakoś tak przypomniał mi się ni stąd ni zowąd artykuł, jaki ostatnio przeczytałam w „Dzienniku Bałtyckim”. Tytuł był wymowny „Dlaczego pluskwy lubią polskie pociągi?”. Zaczęłam się nerwowo rozglądać, sprawdzać czystość zagłówków. Na pierwszy rzut oka nie było najgorzej. Jednak ledwo panowałam nad tym, żeby się nie drapać na myśl o pluskwach. Trudno było się pozbyć ich z głowy.

W dodatku przez to, że podróż trwała tak długo skończyła mi się książka Kominka „Bloger”. Bardzo mi się podobała, szczególnie kiedy pisał o sobie, o marzeniach i ogromnej miłości do pisania. Jakbym czytała o sobie. Te wszystkie rękopisy młodzieńcze odrzucone przez wydawnictwa, szuflada pełna zapisków i nieodłączne marzenie o tym, by żyć z pisania… Pociąg stał, a ja chciałam wybiec, włączyć komputer i zacząć wklepywać tekst, który właśnie się we mnie rodził. A tu trzeba było tkwić w polu!

Staliśmy tak z bliżej niewyjaśnionych powodów, radiowęzeł milczał. Wokół ośnieżone pola. W końcu pojawił się konduktor. Słyszałyśmy go ze współpasażerską od jakiegoś czasu, ponieważ idąc, odpowiadał na pytania zniecierpliwionych podróżnych. Pociąg stał przecież dobre 40 minut. Zaczepiłyśmy umundurowanego pana i zadałyśmy pytanie o powód postoju.

– Doznaliśmy strat. Ruszymy za 30-60 minut – odpowiedział.

– Od kiedy liczymy czas? Od początku postoju czy od teraz?

– Odkąd wyszedłem z lokomotywy.

– A kiedy pan wyszedł?

– Nie wiem. Nooo… Musiałem przejść od początku do tego miejsca…

– A ile pan szedł?

– Nie wiem. Ale czekamy na ocenę strat. Jak przyjadą, ocenią, to pojedziemy dalej.

– A skąd te straty?

– Przez dźwig, ale to nie nasza wina. Spowodował straty.

– Czyli był wypadek?

– Nie, nic się nie stało. Mamy niewielkie straty. Jest uszkodzona lokomotywa i pierwszy wagon, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by jechać dalej.

– To dlaczego nie jedziemy?

– Bo muszą zostać ocenione straty – Tak konduktor jak mantrę powtarzał zdanie o stratach. (Nie przypomina Wam Pijaka z „Małego Księcia”?) Potem okazało się, że jednak lokomotywę i pierwszy wagon należało wymienić. Pierwszy wagon to była jedyna pierwsza klasa w całym składzie. Ludzie przeszli do innych wagonów. Pewnie nie było tam tłumów, no, może jacyś pasażerowie jadący w delegację…A polska dusza od razu we mnie zachichotała: „Dobrze im tak, burżuje jedne…, trzeba było jak większość drugą klasą!”

0 thoughts on “Uszkodzona lokomatywa”

    1. Nie było tak źle. Takie absurdy są zabawne. Powrotna droga to był zupełny kosmos, ale o tym napiszę później. Pozdrawiam

  1. Klik dobry:)
    Pluskwa – pół biedy. Można strzepnąć, rozdeptać i podrapać się. Gorsze inne zagrożenia. Otóż od zarażonego grzybem zagłówka moja znajoma i jej córka złapały jakiegoś grzyba skorupiaka na głowie. Bardzo uciążliwa choroba. Leczenie trwa już ponad rok.

    Pozdrawiam serdecznie.

  2. świetna notka, często jeżdżę pociągami więc wiem o czym mówisz, trafiłam na Twojego bloga dziś dzięki onet.pl i myślę, że teraz będę tu częściej zaglądać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *