Melduję się na stanowisku pracy

Wróciłam. Melduję się na stanowisku pracy wypoczęta i zresetowana całkowicie. I w zasadzie gdyby nie ten reset, to mogłabym napisać dziś o poważnych sprawach, wszcząć dyskusję niemalże filozoficzną na temat gender (i „gender-łagrów” również) czy wyjścia groźnych morderców na wolność, czy też dewiacji seksualnych, na jakie narażone są pary żyjące w konkubinacie (dobrze, że jednak z Mężusiem zmieniliśmy plany i „się zalegalizowaliśmy”, bo inaczej to Sodoma i Gomora by była w naszej sypialni, a tak to tylko niewielkie zgorszenie). Niestety po przyjeździe nieopatrznie włączyłam TV… Ale w sumie to jeszcze nie jestem gotowa na takie tematy, muszę się nacieszyć chwilą. Reset był tak poważny, że w pewnym momencie zaniepokoiłam się nie na żarty.

Pojechaliśmy w niedzielę z Mężusiem na kilka dni do Warszawy. Od kilku lat zimą robimy sobie maraton po teatrach i galeriach (bynajmniej nie handlowych). I tak postanowiłam wyłączyć się od klikania, od Internetu i komputera, że zapomniałam, żeby całkowicie myślenia nie wyłączać, bo przecież od czasu do czasu może się przydać. Poniosło mnie w tym resecie, że ho-ho. I niestety stało się. Czarna dziura wchłonęła mój mózg.

Wynajęliśmy sobie pokój w Moonhostelu, położonym w świetnym miejscu, bo zaledwie kilkanaście metrów mieliśmy do Nowego Świata (a tym samym do pączków Bliklego). A i do teatrów pieszo zasuwaliśmy, bo zima nam nie straszna. No, ale kiedy zakwaterowaliśmy się w hotelu, dostaliśmy kod do WIFI. Przecież w poniedziałek musiałam wszystkich poinformować o urlopie, coby paniki nie było, że przepadłam na amen. Biorę karteczkę. A tam jak byk stoi napisane w trzech linijkach: „Hasło/Password/i nazwa hotelu z dziwną końcówką”. Mój mózg, już zresetowany, zadziałał z lekkimi oporami i wpisałam oczywiście tam, gdzie było miejsce na hasło słowo „Password”. I czekam. Komputer mieli i mieli, ale cały czas pokazuje kłódkę. Już chcę się zrywać z łóżka, biec do portierni, że błędne hasło, że nie działa, a ja muszę mieć WIFI, bo inaczej to normalnie ręka, noga, mózg na ścianie, rozpierducha będzie jak nic. Na szczęście mój Mężuś zanim rozpierduchę pozwolił mi zrobić, sam spojrzał, dlaczego nie działa.

– Wpisałaś hasło? – pyta.

– No, jasne i nawet „Password” wielką literą zapisałam, tak jak jest na karteczce – skarżę się.

A Mężuś jak nie parsknie śmiechem, że o mało mnie do zawału nie doprowadzi.

Jakże to tak śmiać się z żony? W dodatku zresetowanej.

– „Password” to znaczy hasło – wyjaśnia w końcu, kiedy mu głupawka przeszła. No, ale wtedy automatycznie przeszła na mnie. W mózg się stukam, bo to naprawdę trzeba być „geniuszem”. Ale potem usprawiedliwienia szukam, że tego na angielskim jeszcze nie było, a że zresetować się miałam na urlopie, to się zresetowałam, nie?

Tak zaczęliśmy nasze urlopowanie. Jest dużo opowiadania, bo obejrzeliśmy dwa spektakle (odwołano nam „Dowód” w „Polonii”): „Nancy. Wywiad”, „Sierpień”, jeden koncert „Młynarski Plays Młynarski” (Gaba Kulka), film „Pod Mocnym Aniołem” (wrażenia z filmu TUTAJ), trzy galerie (Pałac Ujazdowski, Zachęta, Foksal). A wszystko to w ciągu czterech dni. I jeszcze Mężuś, zmotywowany moim ostatnim wpisem na temat masażu, zafundował nam dwie godziny sam na sam z Filipinką i gorącymi kamieniami. I przyznam, że było świetnie. Ale co ona i gdzie tymi kamieniami… opowiem jutro.

A i jeszcze mieliśmy cały zestaw Grouponów na różne okazje. O tym wszystkim oczywiście napiszę, ale po kolei.

Aha, a co do naszego biegania na golasa… Odbyło się w bardzo ograniczonym zakresie z powodu gości hotelowych, którzy mogliby nie zrozumieć naszych zapędów. I zdjęcie tak, jak obiecałam prezentuję. Nagość w pełnej odsłonie (co wrażliwszych, proszę o zasłonięcie oczu):

 

 

 

0 thoughts on “Melduję się na stanowisku pracy”

  1. Witaj w świecie ludzi pracujących.
    Pracować od piątku? 😉 Każdy pracujący Polak wie, że w takim wypadku piątek należy też wziąć wolny. Jeden dzień urlopu i trzy dni wolnego 😉
    Ale w sumie fajnie, że już jesteś. Poranek z Tobą jest przyjemniejszy i kawa lepiej smakuje w dobrym towarzystwie.

  2. No nie mogę, hi hi nie żartowałaś z tymi fotkami. Zazdroszczę, oj zazdroszczę. Poszłabym do teatru, nie wspomnę nawet nic o galerii. Ja się odchamiam wirtuanie, ale nie ma jak real 🙂

      1. Pewnie i wszyscy zazdrościli Mężusiowi. No ale to On ma kontrakt, trudno. Hi, Hi ,Hi
        A te frywolne zdjęcia troszkę przereklamowane i czytam ,że większość jest mocno rozczarowana

  3. Reset rzecz niezbędna (sama bym się gdzieś wysłała…) ale dobrze, że wróciłaś 🙂 Ale to nieprzyzwoite zdjęcie, tak przed 23-ecią? Bez ostrzeżenia, że trzeba być pełnoletnią? Dobrze, że Pannie Małgorzacie, co to przy piersi sobie śniadaniuje, oczęta zasłonić zdążyłam! By się dziecko naooglądało!

  4. Witaj Aniu!
    Mimo, że od pewnego czasu nie komentuję Twoich wpisów, to regularnie je czytam. Przyznam, że brakowało mi Ciebie przez te trzy dni. Ale już jesteś i wszystko wróci do normy.

    PS. Mnie z żoną „naszło” to samo co Was. Od ubiegłej soboty udzielamy się kulturalnie. Tydzień temu koncert Kayah (muzyka – patrz ostatnie płyta – bardzo odległa od naszych tradycji kulturowych, ale interesująca), a dziś teatr. W ten sposób mamy zagospodarowany każdy weekend do końca lutego. Tylko gorzej z tym lataniem na golasa.

    1. Ha, ha 🙂 Z lataniem na golasa to chyba wszyscy mają utrudnione. 😉 A jeszcze taka zima się zrobiła.
      Zazdroszczę wyjść do teatru aż do końca lutego. 🙂 U nas w lutym Jajo obchodzi osiemnastkę i coś się obawiam, że to będzie trwało i trwało. 🙂 🙂

  5. No jesteś wreszcie, bo jakoś tak dziwnie było bez Ciebie, kogoś brakowało:)
    Fajnie, że wyjazd się udał. Ja tym Grouponem muszę się wreszcie zainteresować:)

  6. No, odnotowałem lekkie spóźnienie … ale teraz proszę bezzwłocznie przystąpić do pracy … później o tym pomówimy. 😉 🙂

    PS. Zdjęcia całkiem apetyczne, chociaż wygąda jakbyście wiesieli powieszeni za nogi. Ale na urlopie wszystko możliwe i dozwolone.
    Pozdrawiam

  7. Rzeczywiście jakoś tak pusto i dziwnie było bez Ciebie 😉 I kawa nie taka sama…
    No a stópki – pierwsza klasa!
    A tego latania po galeriach zazdroszczę… Ja tydzień temu byłam na wernisażu znajomej. Jej mąż cudnie przygrywał na gitarze. Fajnie tak czasem oderwać się od rzeczywistości… 🙂

  8. Miło Cię znów powitać! Widzę, że nie obyło się bez wysokiej kultury:) Aż zazdroszczę, również tych masaży i gorących kamieni…Słuchałam już recenzji Pod Mocnym Aniołem na TVP Kultura, ale i ta przeczytam z ciekawością.Pozdrawiam

  9. Ania, przy okazji Twojego powrotu, to powiem Ci tyle, że przeznaczenie jednak istnieje 😉 A dowód na to mam taki, że dziś jestem chora i nici byłby z knajpy pod psem.. siłą wyższą 😉

  10. Jak ja się cieszę, że wróciłaś!! 😛
    Jakoś tak pusto i smutno było przez te kilka dni bez Ciebie… ale już jesteś i gęba sama się uśmiecha… 😀
    Super spędziłaś te kilka dni „urlopu” – tylko pozazdrościć.
    Zapraszam do siebie na mały konkursik… 😉

  11. To fajnie mieliście 😀 Ja chyba powinnam się zresetować i przestać przez kilka dni oglądać wiadomości, bo normalnie przeraża mnie to wszystko, co się ostatnio dzieje ;/

    1. Niektórzy strasznie narzekają na Warszawę, ale my tam bardzo lubimy jeździć. O tej porze to jeszcze pięknie jest miasto przystrojone. 🙂

  12. No nareszcie jesteś!Mówisz że łykałaś kulturę garściami -zazdroszczę!Ja ostatni raz w stolicy byłam jakieś 21 lat temu-głównie po to żeby się wyrwać z domu(jak to nastolatka) i pojechałam na Jazz Jamboree-było cudownie!!!A stopy jak widać zrelaksowane i szczęśliwe 🙂

  13. A my się z Mamą Sz. tak przez pierwszy tydzień moich ferii i L-4 Mamy Sz. przez chorobę Szymona „zresetowaliśmy”, że jesteśmy bardziej zmęczeni, niż po chodzeniu do pracy. Mam nadzieję że teraz w poniedziałek Szymon już do przedszkola pójdzie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *