O mało nie poszliśmy z dymem

U mnie w domu totalna rozpierducha. Chaos. Śmierdzi dymem, nie mogę tego wywietrzyć. Liczymy straty. O mało nie spłonęliśmy.

No, ale po kolei.

Rodzina zastrajkowała, bo dawno nic słodkiego nie upiekłam. Poza chlebem piekarnik w sobie nie miał nic od kilku tygodni. Pomimo tego, że niedługo święta i pewnie się jeszcze napiekę, postanowiłam mojej rodzince przyjemność zrobić i przyrządziłam ciacho „3bit”. I z tym ciachem ta rozpierducha pośrednio się wiąże. Ugotowałam do przełożenia budyń, który potem miałam utrzeć z masłem. Wyłączyłam kuchenkę (mam indukcyjną). Upewniłam się, że wszystko okej. Garnek na wszelki wypadek przestawiłam na nieużywany „palnik”. Poszłam do pokoju. Leżę sobie i intelektualną wycieczkę odbywam w krainę hiszpańskiego pisarza Cabre i nagle czuję dym. Wącham, bo podejrzane. Kiedy mieszkałam w bloku, to wiedziałam, że sąsiad na klatce pali. A teraz? Jajo w swoim pokoju, na poddaszu. Pierwsza myśl: gówniarz pali papierochy. No, ale leżę ciągle i wącham. Jak nic papierosy.  No, to jak ja dorwę to Jajo za chwilę w swoje łapy, to ręka, noga, mózg na ścianie! Myślę: „Zakradnę się po cichutku i kurdupla jednego na gorącym uczynku przyłapię.” Że durny wiek, wiadomo. Ale nie wiadomo, co do łba strzeli. Idę. Jednak po wyjściu z sypialni chmura dymu uderzyła po oczach. Wtedy panika. Biegnę. Bo to z kuchni. Biegnę. A na kuchence mój budyń sobie dymi, że hej. Okazało się, że to kot z dymem chciał chatę puścić. I już nawet wiem dlaczego. Dzień wcześniej zabrałam dziada do weterynarza, by go zaszczepić przeciw jakimś kocim choróbskom jak co roku, dodatkowo jeszcze na wściekliznę. Płakał, warczał i prychał na lekarza. A tak poza tym zniósł to z godnością. Tylko że nikt z nas nie przewidział, że ta godność to udawana była, bo w głowie plan zemsty mu się narodził. Postanowił nas z dymem  puścić, dziad jeden. Już kilka razy tak zrobił. Włazi na kuchenkę i niby niechcący ją włącza. Jak nie ma na niej garnka, to nic się nie dzieje, automatycznie się wyłącza, ale niestety jak coś na niej stoi, to się włączy. Dobrze, że to nie była noc. A ja o niecne czyny moje własne Jajo podejrzewałam. Zła matka! Zła matka! A więc jeżeli ktoś uważa, że koty to złośliwe stworzenia, to całkowicie się zgadzam. A po wszystkim, dziad jeden położył się do góry brzuchem na moim łóżku i pełen relaks. Zadowolony. Pewnie dał nam ostrzeżenie. Przed następnym szczepieniem kota dobrze się zastanowię.

Straty policzone: jedna masa budyniowa i garnek (nie dało się doszorować). I prawie utracone zaufanie do Jaja. To jednak dało się naprawić. A garnek i masa w koszu. Kot na liście do eksmisji. No, może dam mu jeszcze jedną szansę odkupienia winy. Przemyślę.

Mimo wszystko ciasto powstało. Upiekłam też chlebek. Tym razem miałam zakupioną w tym celu mąkę chlebową, więc pełen profesjonalizm. Upiekłam żytnio-pszenny z ziarnem słonecznika. Kot nie dostanie ani ciacha, ani chleba. Za karę. Leży teraz na krześle w kuchni wielce obrażony. Może niezbyt dobrze się czuje po tym szczepieniu. Albo tak przeżywa, że zamach się nie udał i cichaczem rozmyśla, co dalej.

p.s. Duże zdjęcia ze specjalną dedykacją dla prowokatorów. Śmiech

0 thoughts on “O mało nie poszliśmy z dymem”

  1. Cha, cha, ale drań! Mamy kot na szczęście nie włączy kuchenki bo gazowa, ale czasem złośliwie włączy radio w środku nocy albo napsoci na komputerze, łażąc po klawiaturze.

  2. Zdjęcie kota bezcenne, mój śpi tak niemal zawsze. Niestety biedak trochę pozbawiony jakby samoinstynktu kociego i jak tak rozwalony śpi „na krawędzi” i się przeciąga, to zawsze spada z wielkim hukiem. Bardzo dziwne jak na kota.
    Biedne jajo, podejrzewane o palenie papierosów. Proszę uwierzyć w inteligencję jaja! Jeśli pali, to z głową przewieszoną przez okno, co by dym nie wpadał do pokoju.
    Do chleba zalecam solidną porcję masła. Taki wypiek przecież trzeba potraktować należycie.
    (zero reakcji na prowokację 🙂 )

    1. Ha, ha 🙂 Chlebek smarujemy masełkiem, oczywiście. 🙂 A mój kot też czasami jak się zapomni, to spada z wielkim hukiem na podłogę. Dziwne te kociaki.

  3. Wpis rodem z horroru !! Dobrze, że nic się nie stało gorszego i nie poszliście z dymem.

    A zdjęcie z kotem podpisałabym: „Miej wyrąbane a będzie Ci dane” 😉

  4. Eee… to nic. U ciebie mozna przynajmniej domniemywać, ze kot mógł tę kuchenkę przez nieuwagę włączyć (chyba, ze nie). Tymczasem moja własna córka w ubiegłym tygodniu ziemniaczki sobie na obiad gotowała. I jak wróciłam do domu, to zastałam dym w kuchni, ziemniaki zwęglone, garnek w śmietniku i jeszcze stół zniszczony, bo jak się zorientowała, że „zapomniała” o gotujących ziemniakach, to je czym prędzej z kuchenki, prosto na stole postawiła. Straty: garnek, zniszczony blat stołu, że o ziemniakach nie wspomnę. Czy już powinnam wspomnieć mężowi o remoncie kuchni, czy jeszcze wpucić kota do pomocy? Jak myślisz?

    1. A że mój kot potrafi włączać kuchenkę, to już stwierdziliśmy jakiś czas temu. Włazi na nią i wystarczy, że trafi na odpowiedni przycisk. Nie podejrzewaliśmy jednak aż takich skutków. 😉 Teraz włączamy blokadę.

  5. Klik dobry:)
    Zdecydowanie eksmitować kota! Jestem za! Nie dość, że wąsy i łapy macza w budyniu – fuj, to jeszcze szkody robi. Poza tym wcale nie jest zwierzęciem domowym i kocha wolność, czego dowodem jest brak zdolności przystosowywania się do obyczajów domowych, które pies np. akceptuje. Kot nigdy!

    Pozdrawiam serdecznie.

    1. No, tak wąsy mógł zamoczyć. Ale może dam mu drugą szansę, bo jak tak patrzy na mnie tymi niebieskimi oczami, to jakoś tak serce mi mięknie… 🙂 A wolność to on kocha na tapczanie, bo od domu się raczej nie ma ochoty oddalić. 😉

  6. Predzej moglaby Pani osadzac Konrada lub Kornela o palenie w pani domu. Chyba ze dawno Jaja nie odwiedzali 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *