Jak sprowadziłam Miecia na drogę uczciwości i wierności małżeńskiej

Niniejsze opowiadanie bierze udział w konkursie („Jak uratować związek?” www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl) organizowanym przez Blog.pl i Wydawnictwo Znak Literanova. Zdecydowałam się na opowiadanie, ponieważ temat kojarzy mi się tylko z tytułem rozdziału poradnika, a że ja daleka jestem od dawania rad i moralizowania, powstało opowiadanie (z przymrużeniem oka). W zasadzie jest to fragment innego mojego opowiadania (nigdzie do tej pory niedrukowanego), skrócony na potrzeby konkursu. Być może kiedyś uda mi się przygotować jakąś antologię.

Podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest czysto przypadkowe. Proszę też przedstawionych niżej „porad” nie próbować w domu.

***

Miecio chodził na dupy. Tym razem chadzał do Zośki z bloku obok. To już rok. Niech mu ta dupa lekką będzie. Nie będę mu żałować. Nie będę mu żałować, co nie znaczy, że daruję. Obmyśliłam plan ratowania naszego małżeństwa. Pomóc w tym miały mi szczególne kontakty z Absolutem. Od trzech miesięcy prowadzę rozmowy. Krzyżem leżę i modły wznoszę o poprowadzenie w tej podróży, której celem ma być całkowite pogrążenie w rozpaczy Zośki i Mietka oraz sprowadzenie Miecia na właściwą drogę małżeńskiej wierności i uczciwości. Bo że Mietek zszedł na dupy, to nie moja wina. Chuć i nierząd nim zawładnęły. Trzeba go naprostować. A rozwodu nie będzie!

Plan ma przebiegać w kilku etapach. Pierwszy to skonstruowanie idealnej laleczki voodoo z jakichś szmatek wypchanych watą. Żeby łatwo się wbijało. Szczególnie zadbałam o jego przyrodzenie, bo w to miejsce zamierzałam wbijać igły ze szczególnym okrucieństwem. Impotenta ze skurczybyka zrobię, choćby nie wiem co. Dupę to on będzie mógł oglądać, ale własną i to w lustrze. Jak się odpowiednio wygnie. Nawet krew kaczki udało mi się zakupić  u jakiejś wiejskiej baby. Niestety rozcieńczoną spirytusem, żeby się nie skrzepła. Żywej kury nie miałam ochoty mordować. Aż tak poświęcać się dla Miecia nie zamierzam. A krew to krew. Może nawet lepiej, że ze spirytusem, bo Miecio za kołnierz też nie wylewał. Pasowało więc idealnie.

Drugi etap planu ratowania związku to rozmowa ze śmiercią. Pamiętam ze szkoły wiersz o Polikarpie. Jemu się udało, to czemu nie mnie. Też magister jestem. Co prawda po ośmiu latach studiowania w trybie zaocznym na prywatnej uczelni, ale dyplom mam. Tytuł wypisany czarno na białym. Już ta śmierć odpowiednio postraszy Miecia, coby przy żonie w domu siedział i na dupy nie chadzał, bo inaczej rach-ciach i po Mieciu.

Jest też trzeci punkt planu. Przez żołądek do serca. No, może bardziej doprowadzenie Miecia do wniosku, że żadna baba tak dobrze nie ugotuje jak żona. A taka żona to skarb, którego stracić nie można. Dlatego nie wbijam igieł w żołądek. Ten musi być zdrowiutki, bo będzie niezbędny do przeprowadzenia trzeciego etapu skrupulatnie opracowanego planu. I nawet mu czerniny nagotuję z resztek tej kaczej krwi, żeby się nie zmarnowało.

Po tygodniu realizowania mojego planu, kiedy zauważyłam, że Miecio krokiem kowboja po rodeo wrócił do domu, ponadto przytachał ze sobą pół apteki, postanowiłam sprawdzić, czy pierwsza część planu działa. Miecio spał. Na krześle zwisały jego spodnie. Na podłodze wylegiwały się porzucone w pośpiechu slipki. Zapowiadało się ciekawie. Czułam się jak dziecko zakradające się do spiżarni. Nie żeby mi się kulinarnie kojarzyła męskość Miecia. O, nie, nie. Ja przyzwoita kobieta jestem! Organoleptycznie nie badam zakamarków ciała Miecia. No, może kiedyś w dalekiej przeszłości, ale tego nie pamiętam. I nie chcę. Zobaczymy teraz, co kryje się pod kocykiem. Delikatnie go uniosłam, żeby Miecia nie obudzić. Westchnęło sobie przez sen, biedaczysko styrane życiem. Pomrukiwał jakoś tak boleśnie, że prawie szkoda mi go było. Ale od razu przed oczami prawie goły tyłek Zochy w minispódniczce mi stanął. To powstrzymało mnie przed litością.

Moim oczom ukazała się rzecz niesłychana. Choć pewnie Miecio by się obraził, że ja tak przedmiotowo o najważniejszej części jego ciała. No, ale do rzeczy. Zaglądam. A tam kawał czerwonego mięcha w kształcie w niczym nieprzypominającym to, na co patrzyłam. Jakiś taki styrany życiem sflaczały ochłap spoczywający na udzie Miecia. Kolor też jakiś taki sinoczerwony. Niezdrowy. Sięgnęłam jeszcze ręką do szuflady po kukiełkę Miecia. Wbiłam szpilę. Tak na wszelki wypadek, żeby zbyt szybko nie przeszło. Już żadna Zocha ani ruda pinda nie dostanie mojego Miecia. Teraz będzie tylko mój. Styrany życiem i dupami, ale mój.

 

* Zdjęcie z Wikipedii (autor: Malcolm Lidbury)

0 thoughts on “Jak sprowadziłam Miecia na drogę uczciwości i wierności małżeńskiej”

    1. Tylko niestety nic życiowego w tym temacie, czego by nie było w poradnikach, nie mogłam napisać. A taka laleczka voodoo może się okazać całkiem życiowa 😉

    1. Dzięki. To wszystko zależy od jurorów i ich oczekiwań. No, ale książki byłyby mile widziane. 🙂

    1. Poniósł należytą karę. 🙂 To tak, jak Zagubiona kiedyś pisała w komentarzu, że kto ch…m wojuje, ten od ch..a ginie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *